Sunday, December 6, 2009

za (mokar) Beograd

po imprezie wstałam bez problemu, wykąpałam się, zjadłam śniadanko i kiedy dzionek już zapowiadał się obiecująco... o 7:30 schodzę na dół na zbiórkę, a Tiago idzie boso na górę i mówi, że właśnie obudził Andrzeja (I just awake that bustard!). więc przez to, że trzeba było poczekać na Bustarda na pociąg biegliśmy, nie wybrałyśmy kasy z bankomatu i nie kupiłyśmy nic na drogę... i do tego przepłaciliśmy bilet, jechaliśmy 3 godziny, czyli 2x dłużej niż normalnie... grrr i do tego: być w Serbii i nie mieć do czynienia z policją to tak, jakby mnie w ogóle tu nie było ;) zostaliśmy spisani z Tiagiem za nie posiadanie paszportu :] (zawsze go mam przy sobie zawsze! i do tej pory nigdy nie miałam kontroli!)

a w Belgradzie padało (again), Iwi chodziła w okularach przeciwmgielnych, Tiago cudem uniknął śmierci na mokrych stopniach (dzięki Iwi), byliśmy otoczeni przez zebry, atakowały nas gołębie, spotkaliśmy Djurę Jaksića, posiedzieliśmy na Skadarliji, Iwi leciała rakietą, a kiedy było już ciemno szukaliśmy na cmentarzu Ivo Andrića (nie moja wina, że jego nagrobek jest kulą, a nie wielką płytą;), na koniec poszliśmy na urodziny do Any i później wsiedliśmy w tani i szybki pociąg do Nowego Sadu :)

No comments: