Tuesday, May 4, 2010

majówka

z przyjeżdżaniem do domu jest tak, że zawsze biorę wszystkie książki, po czym nie tykam ich, pakuję i dźwigam z powrotem do wrocka. nigdy się nie nauczę. zawsze się łudzę.
mimo wszystko uważam, że zrobiłam dużo dobrego przyjeżdżając do dębna. z Myśli wyciągnęliśmy lodówkę, telewizor, opony, dysk twardy i 7tys. litrów innych śmieci. z Ireną robiłyśmy dokumentacje spływu, aparaty całe i suche. Aniek płynęła różowym kajakiem z górą śmieci na dziobie i dzielnie dała sobie radę. Jedna wywrotka zaliczona (nie nasza) i utopione 2 piły. po wszystkim kiełbachy i ziemniachy z ognicha, rozmowy o pstrongach, a później przy żubrach u kowala ze starymi znajomymi. intensywny dzień :)
teraz kaszlę i smarkam i myślę sobie, że zginę w Ameryce Południowej. nie od niebezpiecznych tubylców, ani pirani, ani terrorystów... zabije mnie moja kondycja. Irena mówi "biegaj". ostro to rozważam, albowiem biegania nie lubię bardzo.

No comments: