z przyjeżdżaniem do domu jest tak, że zawsze biorę wszystkie książki, po czym nie tykam ich, pakuję i dźwigam z powrotem do wrocka. nigdy się nie nauczę. zawsze się łudzę.
mimo wszystko uważam, że zrobiłam dużo dobrego przyjeżdżając do dębna. z Myśli wyciągnęliśmy lodówkę, telewizor, opony, dysk twardy i 7tys. litrów innych śmieci. z Ireną robiłyśmy dokumentacje spływu, aparaty całe i suche. Aniek płynęła różowym kajakiem z górą śmieci na dziobie i dzielnie dała sobie radę. Jedna wywrotka zaliczona (nie nasza) i utopione 2 piły. po wszystkim kiełbachy i ziemniachy z ognicha, rozmowy o pstrongach, a później przy żubrach u kowala ze starymi znajomymi. intensywny dzień :)
teraz kaszlę i smarkam i myślę sobie, że zginę w Ameryce Południowej. nie od niebezpiecznych tubylców, ani pirani, ani terrorystów... zabije mnie moja kondycja. Irena mówi "biegaj". ostro to rozważam, albowiem biegania nie lubię bardzo.
Tuesday, May 4, 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment