jak coś robić to na ostatnią chwilę. czyli końcowa ślubna obróbka w mig, brak płyt, niewymiarowe zdjęcia, brak tuszu w drukarce i w tym wszystkim jeszcze wypełnianie wniosków o przyjęcia do grona ludzi bezrobotnych, szukanie nipów-sripów i zgubienie komórki :] na szczęście w biurze dla bezrobotnych pracuje miła Pani, która odbierając telefony mówiła wszystkim, że moja komóreczka leży sobie w jej szufladce i na mnie czeka :]
a kiedy odebrałam komórkę, zapakowałam foty w paczkę, aczkolwiek nie wysłałam, bo zgubiłam adres, i wypełniłam wszystkie możliwe papierki, aczkolwiek wniosku nie złożyłam, bo jeszcze jakiegoś papierku brakuje... to Olafik zawiózł mnie omijając wszelkie roboty drogowe do Gorzowa i wsiadłam do pociągu do Łodzi. i jak zwykle na jakiegoś cudaka muszę trafić. choć dzisiejszy cudak był bardzo sympatyczny, opowiadał mi o swoim marzeniu pojechania koleją transsyberyjską, którego nie może zrealizować bo jego kobieta woli Egipt. No i dilema wielka, bo osobno nie da rady, są zbyt zrośnięci ze sobą, a razem, on do Egiptu po co ma jechać? piasek, hotel, upał. a ona koleją po co? jak nie ma piasku, hotelu i jest zimno. i chyba go przekonałam, żeby pojechał na Bałkany ;) a w Łodzi - Maniek, Maniutek, Maniuś :D a jutro spotkanie over the sRainbow :] czyli jebem ti sve i svasta!
Tuesday, November 16, 2010
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment