Sunday, October 24, 2010

life

...is brutal.
nie chciało mi się pisać. brak słów, bo tak naprawdę miałam za dużo do powiedzenia i mi się nie chciało. Moje dni są jak droga w górach. Raz pod górę ciężko, raz z górki, ale znów kolejna góra i tak góra dół góra dół. life.ten tydzień był zły. przybijający. gdy bluzga na ciebie najbliższa osoba, najbardziej boli. oczy puchną od łez. odechciewa się wszystkiego. gdy następnego dnia zostawia się ją w szpitalu bezradną serce się kraje i obwinia się cały świat. wraca się do domu i wydaje się, że lepiej jak jest dużo do zrobienia, bo się nie będzie myśleć. gówno prawda. nie da się nic zrobić, bo myśli nie pozwalają. codzienne telefony nie pomagają. narzekania utrudniają. dobre słowa nie działają. praca, ludzie, pieniądze, bank, biuro, podatki, rachunki, wymiana drzwi, zakup parapetów, dom, ogród, samochód, kredyt i dwoje ludzi na utrzymaniu na razie psychicznym, lada chwila finansowym. i jak ja mam sobie z tym wszystkim poradzić? wiem, że sobie poradzę raczej później niż prędzej, ale cholernie się boję i ograniczam informacje docierające do moich uszu. zatykam je, zasłaniam oczy, oddalam myśli. myśli... gdyby do tego wszystkiego jeszcze one się nie kłębiły. te nurtujące są najgorsze. człowiek ma tyle na głowie, ale myśli nie odpuszczają, a wręcz podpuszczają na różnej strony. ten tydzień był zły. ale zdałam egzamin na agenta pzu i cieszę się, że mam ten etap za sobą. padało. ale dziś przyjechali do Dębna Irena i Siara i od razu wyszło słońce. i siedzieliśmy w słońcu na moście nad jeziorem i siedząc tak już za tym tęskniłam. i oglądając "różowe lata" już myślałam, że nie zapakowałam wielu rzeczy do szpitala i sprzątając z Ireną łazienkę już tęskniłam za latem i przygodami i jadąc autem z Siarą na fajkę już myślałam kiedy znów się spotkamy. pozazdrościłam im dziś beztroski. Siara powiedział "daj spokój dziś sobota". przestałam rozróżniać dni tygodnia. i choć zrobiłam dziś sporo, a przy tym odpoczęłam, mam wyrzuty, że mogłam zrobić więcej. ciało odpoczywa, umysł mniej. tęsknię za Wrocławiem i devojkami, za zajęciami na pocztowej, a raczej kiedy z nich "spierdalałaśmy". tęsknię za fotografią i choć jest blisko ciężko mi do niej wrócić. ciężko mi zaakceptować nowe życie(komu by nie było?) ale przede wszystkim cholernie się boję.
ostatnio często wracam do dzieciństwa. do tych szczęśliwych chwil. kiedy dzieje się źle w mojej głowie pojawia się ciągle ten sam obrazek - mój Tato wjeżdża na nasze dawne podwórko na moim pierwszym, malutkim składaku. Uśmiech od ucha do ucha i nogi w górze. jedna z najszczęsliwszych chwil w moim życiu. nie zapomnę tej mojej dziecięcej radości z niespodzianki, jaką był rower i zadowolenia Taty, że niespodzianka się udała.
wracam do pisania.

No comments: